To nie choroba zmieniła jej życie
ale droga, którą przeszła, aby odzyskać zdrowie
Każda osoba, która trafia na swoją drogę do zdrowia, niesie ze sobą wyjątkową historię. Nie ma dwóch takich samych doświadczeń, choć często łączą je podobne emocje – nadzieja, zwątpienie, determinacja i nieustanne poszukiwanie odpowiedzi.
Wpis, który za chwilę przeczytasz, to historia mojej klientki, Anity. Opowiedziała ją własnymi słowami i zgodziła się podzielić swoim doświadczeniem z nadzieją, że doda otuchy osobom, które również zmagają się z przewlekłymi problemami zdrowotnymi.
Nie jest to historia o cudownym uzdrowieniu ani obietnica, że jedna metoda sprawdzi się u każdego. To szczera opowieść o wieloletnich poszukiwaniach, zmianie przekonań i stopniowym odzyskiwaniu zdrowia oraz sprawczości. Każdy organizm jest inny, a każda droga wygląda inaczej. Warto jednak pamiętać, że nawet niewielkie kroki mogą z czasem prowadzić do ogromnych zmian.
Zapraszam Cię do poznania historii Anity.
Kiedy to, co miało służyć zdrowiu, zaczęło mu szkodzić
Moja historia nie zaczęła się od choroby, zaczęła się od przekonania, że robię dla siebie coś najlepszego. Przez wiele lat byłam na diecie wegańskiej. Żyłam ideologią, mając poczucie, że dbam o siebie i świat. Na początku czułam się dobrze, lekko, „czysto”, wegaznim robił się coraz bardziej modny, więc było łatwo.
Z czasem jednak, bardzo powoli i niemal niezauważalnie, moje zdrowie zaczęło się pogarszać. Najpierw pojawiło się okropne zmęczenie. Takie, którego nie dało się odespać ani zapić kawą. Potem problemy z koncentracją, mgła mózgowa, wahania nastroju.
Z czasem doszły do tego objawy, które zaczęły układać się w coś poważniejszego jak bóle stawów, problemy skórne, zaburzenia hormonalne, reakcje autoimmunologiczne. Każdy kolejny rok przynosił coś nowego, a ja na ścieżce poszukiwań odpowiedzi byłam nazywana po prostu hipochondrykiem.
Niekończące się poszukiwania i utrata energii
Zamiast zatrzymać się i skupić na zdrowieniu, zaczęłam szukać. Panicznie. Wiedziałam już, że w systemie medycznym jakby nie mam co szukać, bo odbijałam się od ściany, więc zaczęłam robić kurs za kursem, kończyłam szkoły, szkoliłam się w różnych terapiach holistycznych od dietetyki, przez pracę z ciałem, aż po bardziej alternatywne podejścia. Chciałam zrozumieć, co się ze mną dzieje i jak mogę sobie pomóc.
Wydałam tysiące na konsultacje wszelkiej maści, suplementy i „cudowne” terapie, które obiecywały szybkie efekty. Każda nowa metoda dawała nadzieję… na chwilę. A potem przychodziło rozczarowanie. Wtedy skupiłam się na diagnostyce, bo wierzyłam i miałam ogromną nadzieję, że jak już będę wiedzieć co mi jest, to będzie “ z górki”. Przy wciąż postępujących symptomach zostałam zdiagnozowana z:
- toczniem układowym,
- zespołem Raynauda,
- Syndromem Sjogrena,
- twardziną układową,
- a na deser chronicznymi migrenami, które de facto skończyły moja karierę zawodowa mając zaledwie trzydzieści pięć lat.
Przypadek, który okazał się początkiem
Na Dietę GAPS trafiłam zupełnie przypadkiem. Przeglądałam kiedyś materiały o tym, jak różne owoce i warzywa przypominają kształtem narządy, którym rzekomo pomagają (jak orzechy przypominają mózg, a fasolka nerki). I wtedy pojawiła się myśl wraz z głębokim przekonaniem (coś czego nie jestem w stanie wytłumaczyć), że skoro próbowałam już wszystkiego, to może pójdę w zupełnie inną stronę. Może zamiast kolejnych roślinnych protokołów spróbuję czegoś, co wydawało mi się wcześniej nie do przyjęcia. Pomyślałam o szpiku kostnym. Jeśli coś ma odżywiać i wzmacniać szpik, który mi szwankuje to może właśnie to. Tak trafiłam na The Weston A. Price Foundation (WAPF) i książki Dr.Natashy Campbell-McBride i to był moment przełomowy.
Zderzenie z rzeczywistością
Początki były bardzo trudne. Lata wegańskiej „indoktrynacji” zrobiły swoje. Strach, opór, poczucie winy, to wszystko pojawiało się na każdym kroku. Wprowadzenie produktów zwierzęcych, tłuszczu, bulionów – to było jak zmiana całego światopoglądu, nie tylko diety. Mój organizm też nie przyjął tego od razu z otwartymi ramionami. Były momenty pogorszenia, wątpliwości, pytania czy to ma sens. Ale tym razem, zamiast szukać kolejnej drogi ucieczki, postanowiłam zostać w tym procesie, bo podświadomie czułam i wiedziałam, że nie chce wracać (poza tym rosoły były zbyt dobre).
Małe zmiany, które zmieniły wszystko
Nie było spektakularnego „cudu”. Nie było momentu, w którym obudziłam się zdrowa. Potykałam się co krok, zawsze wtedy, kiedy czułam się ciut lepiej, bo różnego rodzaju złe nawyki żywieniowe i przyzwyczajenia dawały za wygraną.
Ale z czasem zaczęły pojawiać się małe zmiany.
- Najpierw delikatna poprawa energii.
- Potem lepszy sen.
- Z czasem zmniejszenie stanów zapalnych i bólu.
- Niektóre objawy zaczęły się wyciszać a inne przestały dominować, znikł ból.
Dla kogoś z zewnątrz mogły to być niewielkie rzeczy. Dla mnie, ogromne. Bo po latach życia w bólu i niepewności, nawet 20–30% poprawy zmienia wszystko. Pomimo, że jest to trudna droga, jest ona bardzo satysfakcjonująca, bo nie ma nic lepszego w chronicznej chorobie jak przywracanie sobie zdrowia. Pomimo wszelkich potknięć i wciąż przyswajania sobie nowego stylu życia z ponad dwudziestu migren w miesiącu mam dwie w kwartale.
Wiele symptomów autoimmunologicznych się wyciszyło, bądź się nie pogorszyło, co również uważam za mały sukces, nie doskwierają mi problemy układu trawiennego, zniknęły przewlekłe zatwardzenia, odrosły mi włosy i ogólnie poprawiła się kondycja mojego organizmu w stopniu znaczącym do tego sprzed GAPS.
Największą zmianą nie było zdrowie
Chorowanie to proces, który nauczył mnie cierpliwości i zaufania do samej siebie. To, co przyszło z czasem, to coś znacznie ważniejszego niż same zmiany fizyczne, zrozumienie procesu. Musiałam sobie w końcu uświadomić, że zdrowienie to droga, której końca nie znamy. Wbrew temu, co często sugerują różnej maści influencerzy, czy osoby sprzedające nadzieję w gotowych schematach, nie ma jednej daty, jednego momentu „i już jestem zdrowa”.
Możemy wybrać, jak przez ten proces przejdziemy.
Możemy być jak ryba wyciągnięta z wody w sieci, miotać się w panice, w chaosie, łapiąc każdą możliwą metodę, terapię i obietnicę. Albo możemy się zatrzymać. Zrozumieć, co się z nami dzieje i przestać tracić energię na ciągłe szukanie. Dopiero w momencie, kiedy się uspokoiłam i wyciszyłam, pojawiła się przestrzeń na coś, czego wcześniej nie było, na uważność.
- Na słuchanie.
- Na prawdziwe wsłuchanie się w to, co mówi moje ciało.
- Co mu służy, a co nie.
- Czego potrzebuje, żeby zdrowieć.
Zdrowienie potrzebuje spokoju
Dziś wiem jedno – w chaosie to się nie uda. Nieważne, czy tym chaosem jest zalew informacji, ciągłe analizowanie, aktywny tryb życia, praca, obowiązki, stres czy presja. Dopóki jesteśmy w ciągłym biegu i napięciu, nie jesteśmy w stanie usłyszeć siebie. Im szybciej zrozumiesz, że to Ty jesteś sobie najbardziej potrzebny w tym procesie, tym szybciej zaczną pojawiać się efekty. Zrozumiałam też, że to my kształtujemy i wpływamy na swój proces zdrowienia, nie piąty biorezonans, nie kolejne wlewy, nie suplementy za tysiące, nie modne gadżety, detoxy ani kolejne „metody”, które obiecują wszystko.
To, co najcenniejsze, często ukrywa się w prostocie
Rozwiązania bardzo często są prostsze, niż nam się wydaje i dużo bliżej. Dieta GAPS to nie kolejna modna obietnica ani rewolucyjny wynalazek. To po prostu przypomnienie czegoś, co gdzieś po drodze zgubiliśmy, że jedzenie w zgodzie z naszą biologią, naturalnie, prosto i bez ulepszeń, może nie tylko nie szkodzić, ale i leczyć. Ale żeby zobaczyć te proste rozwiązania, potrzebna jest cierpliwość. Bo choroba uczy życia na nowo. Dla jednych jest końcem pewnego etapu, dla innych – początkiem czegoś zupełnie nowego. Po latach cierpienia wiem już jedno, że zamiast marnować energię na szukanie kogoś lub czegoś, co mnie „naprawi”, powinnam była od początku skupić się na sobie i na procesie zdrowienia.
Głowa do góry, Tobie też się uda!
Zapraszam Cię do wspólnej podróży!
Jeżeli szukasz holistycznego podejścia do zdrowia i kogoś, kto pomoże Ci w naturalny sposób przywrócić równowagę w Twoim organizmie, to znalazłeś się we właściwym miejscu!